Zawsze skory do żartów, nie mający w sobie nic z dostojeństwa sternika szermierczej nawy, rysuje ambitne plany wyprowadzenia tej dyscypliny na szerokie wody. Śnią mu się nowe sukcesy i podboje. Nie tylko jego następców, on sam również ani myśli składać broni. Chce walczyć, w szczegółach opracowuje plan przygotowań do kolejnych mistrzostw świata w Grenoble. „Nie dam spokoju Mangiarottiemu - mówi z charakterystycznym uśmiechem. - Dopóki starczy sił, nie ustąpię".
W marcu 1974 roku Jerzy Pawłowski obchodził skromny jubileusz. Było ich w jego karierze sporo, ale ten ceni sobie szczególnie. Dwadzieścia pięć lat temu stał pod drzwiami szermierczej sali „Legii' i z gwałtownie bijącym sercem zastanawiał się, czy przekroczyć próg. „Legii" pozostał wiemy po dziś dzień. Klub jest wciąż jego drugim domem. Dwadzieścia pięć lat temu po raz pierwszy wziął do ręki broń szermierczą. Kto wtedy przypuszczał, że tego dnia został otwarty pierwszy rozdział jedynej w swoim rodzaju kariery sportowej?...
strzeżenie opuścił arenę wałki i ze smutkiem wsiadł do autobusu zdążającego do wioski olimpijskiej. Nie potrafił go pocieszyć jadący z nim razem Władysław Komar solennie obiecujący, że odbije jego niepowodzenie... | |
|