W turnieju drużynowym polska drużyna szablowa, prowadzona przez Pawłowskiego i Zabłockiego, stoczyła fascynujący pojedynek z silną reprezentacją USA, będąc o krok od sukcesu. Dzięki temu właśnie wyczynowi sportowy świat po raz pierwszy dowiedział się o istnieniu tych, których zaczęto wkrótce nazywać „cudownymi dziećmi".
Rok nowych doświadczeń i jeszcze bardziej uporczywego zgłębiania szermierczej wiedzy poprzedził mistrzostwa świata w Brukseli. W tym właśnie mieście, w 1953 roku po raz pierwszy awansował do finału mistrzostw świata. Procentowały nauki pobierane u Janosa Keveya, który stale wbijał do głowy swojemu pupilowi, że już umie wiele, ale będzie zwyciężać jeśli nie przestanie dużo trenować, zwłaszcza flesze i riposty. Te dwie szermiercze akcje stanowiły, według węgierskiego fechtmistrza, fundament sukcesów.
Do finału wszedł nieoczekiwanie łatwo. Pewny siebie Pawłowski widział już oczyma wyobraźni, jak stoi na podium
zwycięzców z medalem zawieszonym na szyi. W młodym umyśle kłębiły się myśli o triumfalnym powrocie do Warszawy, o gratulacjach i pierwszych wywiadach prasowych. Był tak zafascynowany i równocześnie przekonany o zwycięstwie, że nie słyszał co do niego mówiono, co mu radzono. Poniósł za to surową karę. Niezrównany w eliminacjach, zwycięsko biorący dotąd każdą przeszkodę, schodził teraz z planszy raz po raz pokonany. Rzucał się jak ryba w sieci, próbował zadać trafienia, tymczasem jego trafiano. Nie cieszyła go sama obecność w znakomitym towarzystwie tej klasy arcymistrzów, co Kovacs, Gerevich lub Lefevre. | |
|