Nareszcie szczyt i zjazd! Karkołomna trasa z błotnistą nawierzchnią, glina dosłownie przyklejała się do kół. Kowalski przebił dętkę, ale Chwiendacz i ja, na trzy kilometry przed metą, dogoniliśmy czołówkę. Odetchnąłem. Na ulicach miasta jechałem już ostrożnie. Zdawałem sobie sprawę, że etap ten drogo-mnie kosztował. Czułem się bardzo wyczerpany.
Do Taboru przyjechałem na szesnastym miejscu, ale nadal w czołówce. Chłopcy rozkleili się jednak wyraźnie, systematycznie traciliśmy szansę na drużynowe zwycięstwo. A następny etap, z Taboru do Brna, rozłożył nas już zupełnie. Same kopce. Wygrał Scbur, ja byłem dwudziesty piąty. Mimo to nadal miałem żółtą koszulkę lidera.
Czułem się jednak rozbity. I wtedy przypomniałem sobie tamten, na pozór drugorzędny, Wyścig dookoła Warmii i Mazur. Postanowiłem zwrócić się jeszcze przed startem do Pragi do kolegów o pomoc. Był to ostatni etap. Dawno zrozumiałem, że tylko w zespole można budować swoją sprawność fizyczną i odporność psychiczną. Zwłaszcza w wieloetapowych wyścigach nie wolno być samotnym.
Koledzy rzeczywiście pomogli. Wykrzesali z siebie wszys-
Przełknął ślinę i wykrztusił:
- Pani kazała przyjść jak będę miał tenisówki. Już je mam.
- To przebierz się, będziesz z nami ćwiczył.
Wysoki, barczysty mężczyzna o potężnym torsie i włosach siwych jak gołąb stał otoczony gromadką młodzieży i energicznie coś tłumaczył.
- Będę rzucał w kierunku każdego z was kij. Wy macie go odbić floretem, a następnie próbować trafić mnie w pierś. | |
|