Los obdarzył go prezentem już w pierwszej serii walk eliminacyjnych. Marzył o tym, by wziąć rewanż za tokijski dramat. „Dajcie mi Koestnera - powiedział na lotnisku - a będę najszczęśliwszym człowiekiem meksykańskiej olimpiady!" Stało się jak chciał. Walka z Koestnerem nastąpiła w momencie, gdy Polak miał już zapewniony awans do półfinału. Rozluźniony, pewny siebie, bez krępującego nerwy usztywnienia, wyszedł na planszę i dał rzadki pokaz szermierczego kunsztu. Dosłownie rozniósł rywala, rozgromił go, jakby w tę jedną walkę chciał włożyć wszystko, czego się do tej pory nauczył. Tym samym jeden cel meksykańskiej wyprawy został spełniony. Pozostał jeszcze drugi, znacznie trudniejszy.
W finale, piętnastym w jego karierze, a trzecim olimpijskim, zaczął od walki z rodakiem Józefem Nowarą. Zanim pozdrowił publiczność, spojrzał na sędziego przewodniczącego. Przetarł oczy, jakby im nie wierzył. Obok planszy stał uśmiechnięty Koestner. Przypadek, czy przeznaczenie? Tam, w Tokio, pozbawił go wielkiej szansy na planszy, będąc zawodnikiem. Tu, w takiej chwili, gdy każdym nerwem pragnął re-
habilitacji za Tokio, reprezentant NRF wystąpił w roli sędziego. Machnął ręką jak gdyby chciał odpędzić złe myśli i ruszył na przeciwnika. Wygrał 5 : 4. Później był Nazłymow
- silny i bardzo bojowy szablista radziecki, niewdzięczny dla Polaka rywal. Na szczęście tym razem wyraźnie niedysponowany. | |
|